Zaznacz stronę

6:00 rano, nieznośny dźwięk budzika przerywa błogi letarg. Leniwie otwieram oczy i słyszę jak krople deszczu rytmicznie uderzają w parapet wygrywając marsz żałobny. W powietrzu wyczuwam znajomy zapach – tak, to poniedziałek. Najwyższy czas się ogarnąć i ruszać do biura. Niezdarnie wygrzebuję się spod kołdry i potykając się o własne nogi kieruję się w stronę łazienki. Poranna rutyna – wszystkie czynności wykonuję z przymkniętymi oczami, jak robot. Szybki prysznic zmywa ze mnie resztki ambicji. Dziś wyjątkowo nic mi się nie chce… ale trzeba, ktoś tak już to wymyślił i już… Szara codzienność dociska mnie jeszcze mocniej do ziemi.

W lekko wymiętym garniturze i koszuli wyprasowanej z zamkniętymi oczami wsiadam do windy. Kurtuazyjne „dzień dobry” i szybka rozmowa o pogodzie z sąsiadem nie poprawia mojego samopoczucia. Chociaż mówią, że gorzej być nie może – jednak jest. Na parkingu jakiś mistrz kierownicy zaparkował obok mnie tak, że muszę wsiadać od strony pasażera. Zaciskam zęby mocniej i nieporadnie wciskam się do środka. Teraz tylko podróż do biura. Spokojnie, będzie dobrze – mówię do siebie pod nosem i mocno chwytam kierownice jakby miało to dać upust mojej frustracji. Trochę pomaga.

Jadę chyba 50 na godzinę. Drobny deszcz sprawił, że wszyscy uczestnicy ruchu drogowego nagle stracili umiejętność prowadzenia pojazdów, w sumie to nic nowego, mogłem to przewidzieć. Wrzucam płytę z muzyką klasyczna i w ślimaczym tempie dojeżdżam do fabryki. Znalezienie miejsca pod biurowcem jak zwykle graniczy z cudem. Po trzecim okrążeniu wreszcie coś się zwolniło.
Wysiadając wdeptuję w błoto. Moje wypastowane czarne buty robią się brązowe od tej brei. Dziś chyba świat wydał jakiś dekret żeby wszystko było przeciwko mnie. Idę coraz cięższym krokiem – jak skazaniec na wyrok. Mój to 8 godzin w boksie 1,5m na 1,5m. Bezradność sięga granic, a na zegarku dopiero 9:15. Jestem spóźniony.

Docieram do swojej celi. Na biurku jak zwykle lista zadań do zrobienie na dziś a obok przyklejona kartka z wymownym „RAPORTY NA 16”. Przez głowę przebiega mi tysiąc myśli. Większość z nich to najbardziej wymyśle pomysły na zakończenie żywota mojego przełożonego, a pozostałe to stek przekleństw, których nie pomieściła by nawet Encyklopedia Britannica. Mechanicznie, niczym robot na taśmie produkcyjnej, wykonuję swoje zadania. Enter, Enter, Enter. Tu nie ma miejsca na coś od siebie. Odnoszę wrażenie, że mózg zostawiłem w łóżku. Wyłączam myślenie. Teraz jestem robotem – Enter, Enter, Enter.

Dochodzi 14:00, czas na lunch. Pani w bufecie z obojętnym wyrazem twarzy wrzuca mi na talerz nieokreśloną papkę. Zastanawiam się co zamówiłem, bo nawet nie pamiętam rozmowy ekspedientką. Tracę apetyt. Wracając do swojego boksa mijam tych młodszych stażem, jeszcze niedoświadczonych, marzących o zmienianiu świata i wielkiej karierze, nieświadomych że będą
jedynie malutkimi trybikami w gigantycznej machinie. Nie wiedząc czemu, przechodząc obok nich, wrzucam na twarz uśmiech numer 3. Chyba żeby nie dać po sobie poznać wypalenia zawodowego. Chyba potrzebuję odpoczynku.

Zdecydowanie potrzebuję urlopu, odciąć się, wyjechać gdzieś do głuszy, oddać się kontemplacji, naładować baterie i pozbyć się tego marazmu wtedy wszystko wróci do normy. Może w Bieszczady? – nie w sumie za blisko cywilizacji. Może jakaś tropikalna dżungla, gdzie mieszkają ludzie, którym technologia jest obca – tak, to może być niezły pomysł. Kończę raporty i na prędce wypisuję wniosek o urlop. Nie powinno być problemów w końcu trzy lata tyram bez przerwy – nawet w weekendy jeśli trzeba. Idę do szefa, z piersią napełnioną powietrzem tropików i przygodą w nieznanym kraju, pewny dziś siebie jak nigdy. Oddaję owoce mojej dzisiejszej pracy jeszcze przed 16:00 – będzie dobrze, powtarzam sobie w myślach. Z uśmiechem na twarzy kładę raporty na biurku i podsuwam wniosek. Mózg pracuje teraz na 200% argumenty mam mocniejsze niż puenty najlepszych komików – nawijam jak nakręcony. Skończyłem. W głowie głośno krzyczę sobie „Mam to, jedziemy!”. Patrzymy się na siebie w głuchej ciszy, a w powietrzu da się wyczuć lekkie napięcie. Mój entuzjazm zaczyna opadać w momencie kiedy szef zaczyna wymownie kręcić głową i mówić, że może za dwa miesiące, że teraz koniec roku i trzeba robić zamknięcia, że nie ma komu, że stażystów trzeba przeszkolić, że kto to zrobi jak nie ja i inne bzdury. Wróciłem ze spuszczoną głową na swoje miejsce. Ok, napiszę jeszcze jeden
dokument – wypowiedzenie. Wróciłem, położyłem na biurku i nie wdając się w jakąkolwiek dyskusję, nie czekając na podpis, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem trzaskając drzwiami. KATHARSIS.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Pin It on Pinterest

Share This